Miłość do zwierząt towarzyszyła naszej rozmówczyni od zawsze – jeszcze jako dziecko obserwowała świat natury z niesłabnącą fascynacją. Dziś, po latach pracy i doświadczeń, wciąż mówi o zwierzętach z ogromną czułością i poczuciem odpowiedzialności. W rozmowie opowiada o swojej drodze zawodowej, o tym, jak emocjonalny kontakt ze zwierzętami może zmienić nasze myślenie, oraz dlaczego tak ważne jest, by patrzeć na nie z większą uważnością i zrozumieniem.
Skąd wzięła się Pani pasja do zwierząt i kiedy zrozumiała Pani, że chce z nimi związać życie?
Nie było takiego momentu. Po prostu tak było od zawsze. Zawsze mnie fascynował świat nieludzki. I od wczesnego dzieciństwa to był obiekt mojego największego zainteresowania. Moje koleżanki w dzieciństwie bawiły się w domach lalkami, a ja obserwowałam muchy. Można powiedzieć, że się z tym urodziłam i już tak zostało.
Czy to właśnie ta pasja skłoniła Panią do wyboru zawodu weterynarza?
Nie do końca tak było. Do wyboru zawodu skłoniło mnie to, że zazdrościłam mojemu ojcu wiedzy na temat zwierząt. Moi rodzice rozstali się dość wcześnie (miałam wtedy sześć lat). Bardzo tęskniłam za tatą i chciałam być taka jak on. A ponieważ on skończył weterynarię i pracował w tym zawodzie, więc wydawało mi się, że jak ja skończę weterynarię, to będę wiedziała tyle samo. To przede wszystkim był powód mojego wyboru. Tematyka zwierząt obejmuje dużo dziedzin: biologię, zoologię i wiele innych, ale to, że mój tata skończył weterynarię, przeważyło. Mój ojciec wiedział bardzo dużo na temat świata przyrody, zwierząt. Jeżeli miałam jakiekolwiek pytania dotyczące przyrody, mogłam do niego zadzwonić i on zawsze umiał odpowiedzieć na wszystkie moje pytania i wątpliwości.

Foto. archiwum prywatne
Czy czerpie Pani inspirację do swoich książek z doświadczenia zawodowego?
Zdecydowanie tak. Z doświadczenia zawodowego i ze swojej pasji, dlatego że weterynaria to jest drobna nitka, jeżeli chodzi o przyrodę. Jest ona bardziej ukierunkowana na zwierzęta, przede wszystkim udomowione. Mnie fascynuje przyroda jako taka. Cały czas podróżuję i uczę się jej. Najwięcej mam własnych spostrzeżeń, bo uwielbiam być obserwatorem natury. Moja największa pasja, to jest patrzeć i widzieć. Bo czasem patrzymy, ale nie widzimy.
W swoich wypowiedziach zwraca Pani uwagę na problem niedoceniania zwierząt przez ludzi.
Tak. Co więcej, ja myślę, że zwierzęta mają większą wartość niż ludzie. Ja jestem też zwierzęciem. Jednym ze zwierząt zamieszkujących tę planetę i reprezentuję gatunek, który niszczy ją i okrutnie wykorzystuje inne zwierzęta. W związku z tym mam o ludziach jak najgorsze zdanie.
Jak Pani zdaniem wygląda sytuacja zwierząt w Polsce?
Cały świat idzie w bardzo złym kierunku. Z jednej strony są na tym świecie cudowni ludzie. Tacy, którzy poświęcają swoje życie ratowaniu przyrody, ale w takim prawdziwym tego słowa znaczeniu. Wiele działań, które wykonujemy teoretycznie na rzecz przyrody, to są działania przeciwko niej. I niewiele jest takich miejsc na świecie, gdzie ludzie rzeczywiście robią to, co powinni robić, jeżeli chcą chronić te resztki natury, które zostały. Więc tu jest problem. Proszę zobaczyć, ile jest w Polsce organizacji prozwierzęcych, zajmujących się zwierzętami udomowionymi, psami i kotami. Ich jest po prostu więcej niż gwiazd na niebie. A sytuacja zwierząt udomowionych jest coraz gorsza. Jest coraz więcej bezdomności. Poza tym ludzie jedzą coraz więcej mięsa. Nie ma odpowiedniej edukacji w zakresie żywienia człowieka. Niestety coraz więcej zwierząt jest mordowanych, często w uwłaczających warunkach, w rzeźniach. Z roku na rok ta liczba się zwiększa. Czytałam, że w ciągu jednego roku w rzeźniach świata ginie ok. 80 miliardów zwierząt. To były dane sprzed kilku lat, teraz jest ich jeszcze więcej.
Dane są zatrważające. Co możemy zrobić, żeby było lepiej?
Zacząć od siebie. Przede wszystkim zacząć od siebie. Pierwsza rzecz, przestać korzystać z produktów odzwierzęcych. To jest podstawowe działanie, które może podjąć każdy. W dzisiejszych czasach jest to banalnie proste. Mamy dostęp do tylu produktów spożywczych, które rekompensują niejedzenie mięsa. Możemy jeść najzdrowiej na świecie, w najbardziej urozmaicony sposób i wcale nie najdroższy, rezygnując z mięsa, z mleka i jego produktów. Mamy wszystkie zastępniki w każdym sklepie. W całej Polsce dostęp do tego typu żywności jest najłatwiejszy z możliwych.
W Pani książkach troska o dobro zwierząt jest wszechobecna. Która z książek jest Pani najbliższa i dlaczego?
Chciałabym, żeby zrobiło się głośno o książce Dość, którą napisałam kilka lat temu. Chciałabym, żeby właśnie ta książka była przede wszystkim promowana. To jest książka o tym, że mam dość życia w świecie, w którym panuje kultura śmierci. Można nawet szerzej powiedzieć – kultura eliminacji i śmierci. Hipokryzją byłoby temu zaprzeczyć. Książka jest o tym, co robimy zwierzętom. W tej książce występuję w ich roli – w roli świni, krowy, owcy, kozy, konia. Wchodzę w rolę każdego udomowionego zwierzęcia, żeby pokazać, jakie ono ma życie. I to jest książka, która mnie bardzo bolała. Myślałam, że jak ją napiszę, to się trochę chociaż zmieni, ale się wcale nie zmienia.
Pani ostatnia książka, Skąd przyszedł kot? miała premierę niedawno. Skąd pomysł na taki temat?
To jest naturalna kontynuacja jednej z moich poprzednich książek, zatytułowanej Skąd przyszedł pies? Po tej pierwszej nadszedł moment, by przejść do kota. Nie mogłam skrzywdzić żadnego gatunku, bo oba lubię tak samo.
Do kogo jest skierowana tej ta książka?
To jest pewien podstęp, bo książka sprawia wrażenie przeznaczonej dla dzieci. Ale że wiele dzieci sześcio-siedmioletnich nie czyta jeszcze za sprawnie, to siłą rzeczy rodzice będą musieli im książkę przeczytać. A tym samym, oni też poznają jej treść. Pod względem zrozumienia książka jest napisana tak, że nawet pięcio- czy sześciolatek jest w stanie ją zrozumieć.

Dorota Sumińska “Skąd przyszedł kot?”
W książce pojawia się mnóstwo odniesień do emocji zwierząt. Czy uważa Pani, że ludzie naprawdę są w stanie zrozumieć zwierzęta?
Tak, uważam, że jest to bardzo łatwe. Problemem jest to, że myśmy się (od zwierząt – przyp. red.) odseparowali. Odseparowaliśmy się od emocji zwierząt. Tymczasem wiadomo, że siła emocji zwierząt jest dużo większa niż ludzkich. Zwierzęta porozumiewają się na poziomie emocji. Rozpacz psa, który stracił dom, jest znacznie większa i silniejsza niż rozpacz człowieka, który stracił dom. Dla psa jest to tak jak odrzucenie dziecka przez rodziców. I to naprawdę… Dlaczego dzieci tak łatwo dogadują się ze zwierzętami? Dlatego, że małe dzieci też porozumiewają się na poziomie emocji. I stąd łatwo o kontakt ze zwierzęciem. W miarę dorastania tracimy tę umiejętność na rzecz rozumowych rozważań. Zamiast po prostu dać swoje emocje zwierzęciu, by ono mogło odpłacić swoimi emocjami.
Czyli powinniśmy mniej racjonalnie, a bardziej emocjonalnie.
Zdecydowanie tak. Będzie nam dużo łatwiej. Zawsze doradzam ludziom, że jeżeli chcą zrozumieć swojego psa, to muszą stać się na chwilę tym psem. Pomyśleć, postawić się w jego pozycji. Zobaczyć, jakim on jest niewolnikiem. To samo dotyczy kota. Jeżeli chcesz zrozumieć kota, stań się nim na chwilkę. To jest łatwe i pomaga w porozumieniu.
Dlaczego ludzie mają na ogół problem ze zrozumieniem zwierząt?
Bo tego trzeba uczyć już dzieci. Tu tkwi tajemnica łatwego kontaktu ze zwierzętami. Tym bardziej że zwierzęta udomowione łakną tego kontaktu z człowiekiem. Chcą być traktowane nie na zasadzie pan i niewolnik, tylko jako towarzysz, znajomy, przyjaciel. Jest to tak proste, że dziwi mnie, że cały czas powstają różnego rodzaju poradniki obsługi psa i kota. Przecież zwierzęta są z nami, odkąd w ogóle dowiedzieliśmy się, że jesteśmy ludźmi. Cały czas występuje problem z brakiem zrozumienia. Ale tacy już jesteśmy jako ludzie, że sami stwarzamy problemy.
Czy taki był zamysł, kiedy opisywała Pani w książce przyjaźń pomiędzy dzieckiem a kotem?
W każdej mojej książce dążę do tego, żeby ludzie zrozumieli, że kontakt pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem ma się opierać na równouprawnieniu. Nie bądźmy panami zwierząt, tylko ich realnymi towarzyszami.
Podcast Sumińska – Zwierzę Ci się cieszy się dużą popularnością. Jak zrodził się pomysł na jego stworzenie?
Cztery lata temu, po 25 latach pracy, wyrzucono mnie z radia Tok FM. Przyjaciółka doradziła mi, że przecież jest Internet i mogę kontynuować moje działania w Internecie. Marta (Stachowiak – córka – przyp. red.) też wpadła na ten pomysł. Uznałyśmy, że jak już robić, to we dwie. Ja byłam naprawdę załamana po rozstaniu z radiem, spędziłam tam w końcu 25 lat. Było to dla mnie bardzo przykre. Ale ostatecznie okazało się, że dobrze się tak stało. Zasięg tego, co robimy, jest teraz dużo większy.
Czy są tematy z podcastu, które szczególnie zapadły Pani w pamięć?
Ja szczególnie zapamiętuję raczej pytania, które mi zadają widzowie i słuchacze. Dla mnie każdy temat jest ważny. One się rodzą w ciągu tygodnia i potem je omawiamy. Nie mogę uznać, że któreś są mniej ważne. Nie wszystko pamiętam, bo tego już jest bardzo dużo. Robimy to już od prawie czterech lat. Cieszę się, że to widzowie nam sugerują, co chcieliby usłyszeć, zobaczyć i my się staramy temu sprostać, żeby wszyscy byli usatysfakcjonowani.
Co chciałaby Pani, żeby słuchacze wynieśli z tego podcastu – refleksję, wiedzę, a może większą czułość wobec zwierząt?
Zacznę od tego, że nasi widzowie są cudowną grupą. To są z reguły osoby, które myślą podobnie do nas. I one przede wszystkim szukają potwierdzenia swoich przekonań. To jest bardzo ważne. Jest to potrzebne zarówno im, jak i nam. To widzowie dają nam siłę do pracy, do nagrywania kolejnych odcinków. Jeżeli znajdą u nas potwierdzenie swoich przekonań dotyczących świata żywego, to dla nas już jest ogromna satysfakcja. Bo nam o to chodzi. Chciałybyśmy, żeby ludzie zupełnie inaczej spojrzeli na nieludzki świat, przede wszystkim z życzliwością i zrozumieniem. Ta życzliwość i zrozumienie są podstawą dobrych relacji pomiędzy zwierzęciem, absolutną podstawą. Powinniśmy przestać się izolować, bo jesteśmy częścią świata żywego. Zanim uda nam się ten świat zniszczyć, powinniśmy go zrozumieć. Może wtedy jakieś resztki ocalimy.
Prywatnie opiekuje się Pani sporą liczbą zwierzaków. Proszę nam o nich troszkę opowiedzieć.
To już trwa lata. Zawsze zbierałem takie zwierzęta, których nikt nie chciał. Chodzi mi o psy i koty oczywiście. Przepustką do mojego domu zawsze był wiek, choroba albo kalectwo. Wiek, ponieważ najstarsze zwierzęta zazwyczaj już nie mogą liczyć na adopcję. W związku z tym zawsze było tu bardzo dużo starych, czarnych kotów. (śmiech) I tak jest do tej pory, chociaż teraz jest ich znacznie mniej. Mam już coraz mniej sił. Poza tym kilka lat temu zmarł mój mąż. We dwójkę było łatwiej, bo mogliśmy się wymieniać. Teraz jest znacznie trudniej. Dlatego staram się już ograniczać ilość zwierzaków. Wcześniej było zawsze tak, że jedno zwierzę umierało i natychmiast szukało się po schroniskach kolejnego stworzenia. Dzwonili do mnie wolontariusze ze schronisk z całej Polski i prosili, żebym wzięła konkretne zwierzę. Najczęściej były to zwierzaki, w których przypadku nie było nadziei, że ktoś inny je adoptuje. Braliśmy je więc na przysłowiowe „umieranie”, a potem one żyły jeszcze pięć lat. I byliśmy z tego powodu bardzo zadowoleni. W takich szczytowych momentach to było dwanaście psów oraz około dwunastu kotów. Teraz jest mniej, bo jest tylko sześć psów. Poza tym w domu mam dziewięć kotów i sześć wolno żyjących, które mają ogrzewaną budę i szwedzki stół czynny całą dobę. Obsłużenie tego towarzystwa wymaga ogromnego wysiłku, a ja jeszcze muszę zarobić, żeby je utrzymać. Bo utrzymanie takiej ilości zwierząt jest bardzo kosztowne.
Jaką rolę pełni Pani w życiu swoich zwierzaków?
Ja jestem ich służącą. Profesjonalną, kochającą, obowiązkową służącą. To ja mieszkam u nich, bo ich jest znacznie więcej, więc po prostu służę.
A kim one są dla pani?
One są moimi panami. (śmiech) Moje życie jest uzależnione wyłącznie od nich. Tak mogę choć odrobinkę spłacić światu zwierząt, to co ludzie im robią. Uwielbiam być ich służącą.
Gdyby Pani mogła przekazać jakieś jedno przesłanie dla ludzi na całym świecie, co by to było?
Przede wszystkim chciałam powiedzieć, że nie każdy musi mieć zwierzę. Nim zdecydujemy się na przyjęcie psa i kota do domu, zastanówmy się, dlaczego, po co. Kierowanie się modą czy zachcianką jest najgorszą rzeczą, jaką można zrobić. Chciałabym również przemówić do tych, którzy decydują o ustawodawstwie w Polsce, że dopóki nie wprowadzimy obligatoryjnej kastracji wszystkich zwierząt domowych, nieprzeznaczonych do reprodukcji (mam na myśli psy i koty), dopóty ilość bezdomności będzie tak wielka jak ocean i będzie przybywać tych nieszczęśników. Każdy może mieć psa czy kota, ale nie każdy umie temu sprostać. Pies i kot powinny być przywilejem, a nie łaską robioną zwierzęciu, że się je zabiera z więzienia-schroniska.
Bardzo dziękuję za rozmowę. Rozmawiała: Martyna Major
